O sobie

... trochę z przymrużeniem oka.
Ten tekst powstał dawno temu. Dziś zapewne miałby inny kształt.
Jednak sentyment do pierwszej, dawno nie istniejącej, strony internetowej powoduje, że raz jeszcze go państwu przedstawiam.

   Kwiecień jest miesiącem, gdy wszystko rozkwita i zaczyna żyć od nowa. Postanowiłem wykorzystać okazję i wczesnym świtem 25 dnia miesiąca wykrzyczałem światu swoje istnienie.

   Naturalna, wózkowa, pozycja niemowlęcia była dla mnie idealna. Leżąc na wznak mogłem do woli obserwować ptaki - stworzenia, które mnie fascynowały. Nie chciałem jak Worthonowski Ptasiek wzbić się w niebo, ale trajektorie ich lotów i przecudne trele o świcie tak mnie opętały, że gdy tylko nauczyłem się chodzić, uciekałem (ku utrapieniu mojej mamy) sypialnianym oknem, by je obserwować. Naturalną koleją tej pasji była śląska tradycja hodowania gołębi pocztowych.

   Wybudowałem na podwórku gołębnik. Skleciłem go ze znalezionych tu i ówdzie desek, płyt, listewek i innych materiałów budowlanych. Zewnętrzna oryginalność tej budowli nie miała żadnego znaczenia wobec cudności mieszkających w środku. Z natury śpioch, co niedziela zrywałem się skoro świt, by witać moich ulubieńców wracających z lotów. I chociaż nie miałem szczęścia by wygrywać zawody, przyjemność obserwowania gołębi była ogromna.

  Dzięki roztropności Dziadka zdążałem do szkoły na przyzwoitą godzinę i po maturze mogłem oddać się studiom na Wydziale Leśnym krakowskiej Akademii Rolniczej. Miałem szczęście spotykać ludzi, dzięki którym moje pasje mogły się rozwijać. Obserwacja ptaków, ich obrączkowanie na Akcji Bałtyckiej, zimowe i wiosenne liczenia w Dolinie Wisły i Jurajskich Parkach Krajobrazowych - to moje, podczas studiów, największe namiętności. Na podstawie niektórych liczeń udało mi się popełnić i opublikować kilka prac.

  Miałem być jednak leśnikiem. Marzyłem o leśniczówce w głuszy, o porannych ptasich świergotach i wieczornych koncertach na pianinie, które miało stanąć obok kominka. I nagle, gdzieś z oddali, bardzo nieśmiało, zaczęła przebijać się jeszcze jedna myśl. A może na ścianie, nad pianinem, zawiśnie kiedyś piękne poroże, medalion rogacza? A ja wtedy w podzięce św. Hubertowi i ku własnej uciesze wygram Marsza triumfalnego lub Odę do radości? Coraz bardziej mnie to frapowało. Koledzy już polowali. Zacząłem przysłuchiwać się myśliwskim opowieściom i utwierdzać w przekonaniu, że warto spróbować. Na studiach przedmiotem, który należało zaliczyć, było łowiectwo. No i wpadłem. Po same uszy. Teraz to moja profesja, pasja, namiętność. Moje życie. I choć nie zamieszkałem w leśniczówce, na moich ścianach zawisły różne trofea. I mam niebywałe szczęście - pasja stała się profesją. Zostałem preparatorem.

W Polsce nie ma szkół preparatorskich. Trzeba uczyć się samemu lub udać się po naukę za granicę. Doświadczyłem jednego i drugiego. Dzięki metodzie prób i błędów nabrałem rzemieślniczej wprawy, a terminowanie u mistrza świata w preparacji ssaków (Austriak Karl Matt, z którym się przyjaźnię) dodało mi skrzydeł. Sporo dają mi też przyjacielskie kontakty z nestorem czeskiej preparacji Vilemem Boruvką.

   Bycie preparatorem zobowiązuje. Nie tylko dlatego, by nie być potraktowanym wiązką śrutu przez rozgniewanego myśliwego, któremu, nie daj Bóg, zepsuło się z trudem zdobyte trofeum. Nowe technologie, materiały... to nie wszystko. Przede wszystkim trzeba obserwować zwierza w jego naturalnym środowisku. Jak się porusza wolno i majestatycznie i gdy przestraszony ucieka. Podczas snu. Podczas żerowania. W trakcie zalotów. Dopiero wówczas można preparować. Wtedy wiadomo, w którym miejscu na modelu wyrzeźbić ścięgno i jak wygiąć antylopie szyję by wyglądała naturalnie. Stary slogan, że podróże kształcą, pasuje tutaj idealnie. Każde zwierzę jest inne. I dlatego staram się trofea robić podmiotowo - indywidualnie dla każdego eksponatu.

   Na koniec nieskromnie rzeknę, iż rok rocznie preparuję około 50 głuszców i tyleż samo cietrzewi. Słonek, bażantów, kaczek i innego ptactwa nie zliczę. Antylopy, guźce, niedźwiedzie, łosie, żubry - to u mnie codzienność.

   Jeśli ktoś miałby ochotę zobaczyć preparaty przeze mnie wykonane, to zapraszam do Muzeum Jeździectwa i Łowiectwa w warszawskich Łazienkach, Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym, do Muzeum Okręgowego w Radomiu i w Kozienicach, do Muzeum Zespołu Jurajskich Parków Krajobrazowych, Muzeum Przyrodniczego w Krakowie i do wielu izb dydaktycznych przy Parkach Narodowych i Nadleśnictwach w całej Polsce. A jeśli chcecie zobaczyć jeszcze więcej, to popytajcie wśród braci łowieckiej - wielu ma trofea spreparowane w mojej pracowni.

Zapraszam na strony ze zdjęciami prezentującymi fragment mojego preparatorskiego dorobku.